8 listopada 2009


'Labirynt nad morzem' to jedna z lektur, którą mam do wyboru na egzamin z Wiedzy o kulturze. Wybór książki był zupełnie przypadkowy. No może nazwisko Herberta zrobiło swoje. Co prawda biorąc pod uwagę poziom moich lekcji polskiego w szkole średniej (:/), pisarz jest mi zupełnie nieznany. Wiem - wstyd się przyznać. No cóż.


W 'Labiryncie nad morzem' Herbert przybliża czytelnikowi obraz Grecji. Nie jest to oczywiście dzieło ukazujące piękne krajobrazy czy mieszkańców i ich obyczaje. Autor pokusił się o studia nad kulturą i nad tym z czego Grecja słynie.
Sama książka została wydana już po śmierci Zbigniewa Herberta, jednak jej fragmenty publikowane były na łamach różnych czasopism w latach 70.

Podróż rozpoczynamy od Krety i odwiedzin w Muzeum w Heraklionie. Dalej udajemy się na Peloponez, do Myken, Delf, Sparty czy Olimpii - miejsc znanych każdemu z nas. Herbert zabiera nas też na Akropol, przybliża dzieje Etrusków oraz wspomina lekcje łaciny, pomocne w podróżach. Autor swoją ogromną wiedzę stawia przed rzeczywistością. Często wyobrażenia o wielkości kultury greckiej okazują się wspanialsze niż ich materialne odpowiedniki. Herbert wiele razy doznaje zawodu, a na myśl o kolejnych etapach podróży czuje niepokój i strach. 


'Labirynt nad morzem' dosyć szczegółowo opisuje historie związane z ukazanymi miejscami, łączy je zarówno z dziejami dawnymi jak i czasami kiedy Grecją zainteresowali się naukowcy. Wytyka błędy i niedopatrzenia. Ukazuje także to jak na przestrzeni wieków zmieniał się obraz śródziemnomorskiego kraju. 


Oprócz tych historycznych i naukowych wywodów jest też miejsce na zachwyt nad przepięknym krajobrazem Grecji. Zaznacza, że jest on całkowicie odmienny od popularnych Włoch. Kraje, pomimo bliskości, są całkowicie odmienne.


Zbigniew Herbert mimo obszerności dzieła i ogromu informacji jakie przekazał uważa, że ukazał Grecję niepełną. Jest przekonany, że zrobił to w sposób nieudolny, że nie jest 'godzien' oddać nastroju i piękna tego kraju. Pisze bowiem:


"Nie udało mi się wyrazić nawet kształtu i koloru oliwki. A przecież znam dokładnie przynajmniej jedną, tuż koło muru ogradzającego pałac Minosa w Knossos. Policzyłem wzrokiem wszystkie jej liście i noszę w sobie dokładnie jej kontur. Ale trzeba być Durerem, żeby z tego doświadczenia zrobić przedmiot.(....) Chciałem opisać".

Myślę,że pasjonatów kultury i historii książka ta zainteresuje. Ja do takich chyba nie należę. Co prawda Herbert pisze bardzo przystępnie, ukazuje wiele ciekawostek, przytacza anegdoty, ale jest tego chyba zbyt wiele jak na zwykłego 'pożeracza' książek. 
Być może odnoszę takie wrażenie, gdyż dla mnie było to niejako obowiązkowa lektura, od której będzie zależała moja studencka przyszłość. 
Może kiedyś powrócę do tej pozycji. W spokojniejszych już dla mnie czasach.

2 listopada 2009


O 'Stowarzyszeniu umarłych poetow' usłyszałam po raz pierwszy, o zgrozo, w znanej chyba wszystkim operze mydlanej pt. 'Klan'. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że było to kawal czasu temu;) Przypadkiem też natknęłam się na ekranizację tej książki. Co prawda na sam koniec, ale zawsze coś. W koncu postanowiłam ją przeczytać. Napiszę jeszcze, że czytałam o niej wiele pochlebnych opinii.

Nie spodziewałam się, jest ona aż tak krótka. Chyba, że to złe wrażenie po opasłym 'Magu'. Książeczkę pochłonełam w niecałe dwie godziny. A jakie wrażenia?

Rozczarowałam się. Akcja szybko się rozwijała, za szybko. Żadnych głębszych przemyśleń, opisu bohaterów czy choćby otoczenia. Znowu miałam to znienawidzone uczucie powierzchowności autorki. Miałam nieodparte wrażenie, że po prostu nie chciało jej się myśleć nad tą powieścią. Szkoda. Temat był całkiem interesujący, również autorka swoim stylem i obeznaniem wydaje się całkiem interesująca. Zupelnie więc nie rozumiem czemu ta powieść jest aż tak niedopracowana?

'Stowarzyszenie umarlych poetów' to opowieść o ucznaich elitarnej szkoły - jednej z lepszych w kraju. Jednak trzyma się ona sztywnych zasad, nie pozwala uczniom na samodzielne kierowanie sobą, trzymając ich niejako pod kloszem. Sami uczniowie nie walczą z tym, bez sprzeciwu przyjmują narzucane im wartości. Są także pod silnym wpływem rodziców budzących w nich poczucie obowiązku wobec nich samych. Wpajają młodym mężczyznom, że to im najwięcej zawdzięczają i wobec tego nie maja prawa sprzeciwu.

Caly porządek zbudowany przez dyrektora i rodziców burzy pojawienie się nowego nauczyciele - pana Keatinga. Stosując niekonwencjonalne metody nauczania i zasadę Carpe Diem, uczy młodych ludzi samodzielnego myślenia i walki o swoje marzenia. Keating pokazuje im, że narzucane im metody nie zawsze są właściwe i nie zawsze są dobre dla samej nauki. 

Metody Keatinga trafiają głownie do grupy przyjaciół: Charliego, Neila, Knoxa, Pittsa, Meeksa i Todda. Każdy z nich odnajduje w słowach nauczyciela receptę na swoje życie. W kronice szkolnej odnajduję wzmiankę o prowadzonym przez Keatinga tajnym 'Stowarzyszeniu umarłych poetów'. Postanawiają reaktywować idee nauczyciela w swoim własnym gronie.


Sam Keating wpaja im, że są wartościowi i pomaga im przekroczyć własne granice. Każdy z nich ponosi cenę za sprzeciw tradycji szkolnej. Największej przemianie ulegają Neil i Todd. Ale to pozostawiam dla Was - czytelników.


'Stowarzyszenie umarłych poetów' to książka o przekraczaniu granic własnej osobowości. To obraz walki jaką młody człowiek stacza z otoczeniem, rodziną i przede wszystkim z samym sobą. Szkoda jednak, że Kleinbaum nie potrafiła rozwinąć tego wątku. Szkoda, że tak szybko przechodziła do kolejnych wątków, nie pozwalając czytelnikowi na zapoznanie się z osobowościa i myślami bohaterów.


Sama ksiażka, jest pozycją godną uwagi. Rozczarowującą, ale ważną.


Ruszajmy przyjaciele,
Wcale nie jest za późno,
by szukać świata ze snów...
A planów mam tak wiele
Ot, choćby przepłynąć horyzont wszerz...
potem wzdłuż...
Nie ma już w nas tej mocy, która za dawnych lat
umiała wstrząsnąć niebem, poruszyć cały świat.
Jesteśmy tym, czym jesteśmy -
Zły los, a może zły czas
osłabił w sercu ogień, co łączył niegdyś nas,
lecz wzmocnił naszą wolę i teraz dobrze wiemy,
że trzeba szukać, szukać, szukać,
bez względu na to, co znajdziemy.


(Tennyson - Ulisses)


1 listopada 2009

Mag


Po dwóch tygodniach nareszcie udało mi się przebrnąć przez to opasłe tomiszcze jakim jest 'Mag' John'a Fowles'a. Do książki zachęciło mnie wiele pozytywnych recenzji tego dzieła. Ale... Książka nie wywołała we mnie żadnych ochów i achów. Może po prostu jej nie zrozumiałam, może zawierała za wiele wątków, w których na pewno się pomyliłam, a może zbyt długie rozłożenie w czasie sprawiło, że przeoczyłam to co w niej najlepsze.

'Mag' to niesamowita historia nauczyciela - Nicholasa Urfe. Pocztkowo poznajemy go jako uwikłanego w bezsensowny związek mężczyznę. Bohater w końcu postanawia zmienić swoje życie. Choć raczej bardziej poprawne będzie tutaj użycie słowa 'ucieczka'. Wyrusza w nieznany świat jakim jest Grecja, tak odmienna od szarej Anglii. Monotonność wiejskiego życia burzy owiana tajemnicą osoba Conchisa. Zamieszkujący willę na wzgórzu, stwarza wokół siebie atmosferę niepewności i pewnej kontrowersji. Ciążą bowiem na nim wydarzenia z II wojny światowej, to jak zachował się wobec mieszkańców w trudnym okresie okupacji niemieckiej.

Nasz bohater postanawia przyjrzeć się bliżej osobie Conchisa. I tak zaczynają się jego przygody. I walka z samym sobą.

'Mag' to powieść dosyć zawiła i w pewnym momencie męcząca. Ciągle komplikacje w życiu Urfe burzą ład, zmuszają do głębszej analizy, a gdy już w końcu uporamy się z trudnościami, autor wprowadza kolejne wątki. Czytelnik, na równi z bohaterem, gubi się w rzeczywistości i w tym co w końcu jest prawdą. Ten celowy zabieg autora niestety działa na niekorzyść czytelnika. Niebędąc nawet w połowie lektury pogubiłam się w wydarzeniach, zapomniałam o czym była mowa i w końcu 'Mag' zaczął mnie męczyć.


Fowles stowrzył powieść psychologiczną - kolejno demaskuje charakter bohatera stawiając go w trudnej do zniesienia sytuacji. Będąc w labiryncie Nicholas raz gubi się, to raz znów odnajduje drogę. Żyjąc w niepewności i kłamstwie podejmuje błędne decyzje i daje złapać się w sieć Conchisa. Przeżywa miłość, zazdrość, zdradę i kłamstwo. 


Nicholas mimowolnie staje się aktorem w teatrze zbudowanym przez Conchisa. Odgrywa rolę, której w normalnej sytuacji nigdy by nie przyjął. Próbując się od tego uwolnić paradoksalnie zagłębia się jeszcze bardziej w grę Greka. Grę w boga. 


Fowles próbuje przedstawić obraz człowieka zagubionego, nieszczęśliwego, który poddany eksperymentowi powoli odkrywa siedzące w nim zło i uległość wobec moralnych praw społeczeństwa. Postawia go przed wyborem sposobu życia i ustaleniem recepty na dalszą egzystencję.

17 października 2009

Po długiej przerwie powracam do pisania. Czemu mnie tyle nie było - zwątpiłam w sens tego bloga. I jakoś odłożyłam czytanie na bok. Na szczęście przypomniałam sobie jak to dobrze usiąść z książką w ręce i zapomnieć o bożym świecie.


Z panią Terakowską spotykałam się już nie raz. I jak na razie nie zawiodłam się . Kolejna pozycja tej autorki po jaką sięgnęłam to, zakurzona już, 'Samotność bogów'. 
Książka z pogranicza fantastyki, zawierająca dawne wierzenia to podróż do krainy pełnej zagadek i magii. Ma w sobie coś z realności i pozwala uwierzyć, że tak mogło być na prawdę. Przecież każdy z nas słyszał o Światowidzie, prawda? A czy kiedyś zastanawialiśmy się dlaczego przegrał On z nową wiarą? Czemu zniknął z pamięci ludzi, niegdyś tak mocna w niego wierzących? 
Terakowska pisze o przemijaniu, ale nie ludzkim - jest ono wątkiem pobocznym. Autorka naszą uwagę kieruje na postać pradawnego boga. Na to, że jego czas przeminął a sam pozostał z cierpieniem i samotnością. Obumierając wyjaśnia wiele tajemnic, przenosi głównego bohatera w czasie powierzając mu trudne zadania, wymagające mądrości i poświęcenia.
'Samotność bogów' to także rzecz o zanikaniu starego porządku świata. Legendy, wierzenia, przekonania odchodzą, zastępowane przez 'nowość', która niekoniecznie niesie dobro. Pokazuje także bezpardonową walkę 'cywilizacji' z naturą, zabobonami i dawnymi czasami.
Bohater dla Światowida i spokoju nowych czasów poświęca miłość, rodzinę a w końcu samego siebie. Przemija wraz z pradawnym bogiem i wielowiekową tradycją. Poddaje się 'cywilizacji', którą tak bardzo był zafascynowany.





Po filozoficznej (w pewnym stopniu) lekturze Terakowskiej przyszedł czas na coś bardziej lekkiego. Nareszcie zdobyłam książkę, której tak długo poszukiwałam. Mowa tu o 'Nie ponaglaj rzeki'. Wieki temu pisałam o II części powieści 'Pod purpurowym niebem'. Co prawda ta druga pozycja zawierała praktycznie streszczenie swojej poprzedniczki, ale nie mogła odpuścić sobie dokładnego poznania dziejów Anny, Jana i Zofii.
Przyznaję, że jest to lekko słodka historyjka, niewymagająca myślenia, ale wciągnęła mnie bez reszty. Droga z mojej rodzinnej miejscowości na uczelnię mijała mi niezwykle szybko i przyjemnie. Aż nie chciało się wysiadać do tego ponurego świata i dać się zamknąć na godziny nudnych zajęć uniwersyteckich. 
Uwielbiam powieść zawierające historię świata czy Polski. Nie piszę tutaj o historii literatury, której stosy piętrzą się w moich szafkach i przypominają o kolokwiach i egzaminach. Co prawda 'Nie ponaglaj rzeki' to nie wyśmienity 'Potop', ale dla mnie czas spędzony z tą książką był równie wspaniały.
Historia miłosna (niestety niedopracowana, baaardzo niedopracowana) na tle rozbiorów Polski to wspaniała propozycja na długie, jesienne wieczory (chociaż mogę już napisać: zimowe wieczory). Oczywiście 'Nie ponaglaj rzeki' i 'Pod purpurowym' niebem to nie tylko romans. Dzieje głównych bohaterów nierozerwalnie łączą się przygodami - w głównej mierze nieszczęśliwymi, jak i z wydarzeniami politycznymi.

Obie te pozycje przywróciły mnie do świata książek i już chyba to powinno świadczyć o tym, że coś w sobie mają. Postaram poprawić się w moim czytaniu i co tydzień zamieszczać moje skromne wypociny.